Bardzo lubię moją pracę, jednak nie mogę powiedzieć, że jest szczególnie emocjonująca. Ostatnio jednak zdarzył mi się przypadek, który, pomyślałem sobie, wart jest opisania. Różne rzeczy w różnych zawodach się dzieją, ale rzeczoznawca majątkowy naprawdę rzadko przeżywa przygody.

Rzeczoznawca majątkowy może być zawodem niebezpiecznym

rzeczoznawca majątkowyNo, chyba że wybuch czyjegoś niezadowolenia, kiedy wpadnie mu w ręce wycena nieruchomości, której jest właścicielem. Właściwie moja przygoda i tak zawiera w sobie ten element, ale nie uprzedzając faktów, zacznę od początku. Pracuję jako rzeczoznawca majątkowy Warszawa już kilka lat. Dostałem zlecenie z Piaseczna pod Warszawą. Wszystko wydawało się jak najbardziej w porządku – ot, zwykła wycena domu jednorodzinnego. Pojechałem więc do klienta. Pod wskazanym adresem stało blokowisko, ale szybko trafiłem do właściwej klatki. Założyłem, że na miejsce dopiero pojedziemy, bo przecież klient zaznaczył wyraźnie – nie miała być to wycena mieszkania, a domu. Pan, który mi otworzył przedstawił się jako mój zleceniodawca. Był o dobrą głowę wyższy ode mnie. Usiedliśmy do kawy, porozmawialiśmy i rzeczywiście po pół godzinie pojechaliśmy na miejsce. W zasadzie nalegał, żeby pojechać jego samochodem, ale ja nie lubię rezygnować z mojej samodzielności, więc jechałem po prostu za nim. Na miejscu okazało się, że domem jednorodzinnym jest stary magazyn, co już wzbudziło moje podejrzenia.

 

Wzrosły one jeszcze bardziej, kiedy przywitał mnie drugi duży facet, podając się za współpracownika jakiegoś tam ministra. Być może faktycznie był jego ochroniarzem, ale nie zdążyłem się tego dowiedzieć. Przy pierwszej okazji powiedziałem, że muszę udać się do samochodu po aktówkę i tyle mnie widzieli.