Zawsze uwielbiałam gorące lato, opalanie się, granie ze znajomymi w siatkówkę plażową i leniuchowanie na słoneczku. Im cieplej było, tym bardziej byłam zadowolona, a im zimniej, tym gorzej się czułam. Już kiedy przychodził wrzesień dopadała mnie jesienna chandra.

 

Bardzo lubię jeździć na nartach, szczególnie jeśli cały mój wyjazd układa się podług mojej myśli

nartyLiście spadały z drzew, coraz częściej wiał wiatr i padało, a okolica robiła się szara i ponura. Ja lubiłam kory, upały i słońce, a nie taką paskudną pogodę. Kiedy przychodziła zima było jeszcze gorzej. Nie znosiłam taplać się w błocie, ani przechodzić przez zaspy śniegu, zaczynania ubierania się pięć minut wcześnie, bo zanim założy się wszystkie płaszcze, szaliki, czapki, rękawiczki i długie kozaki to chwila zawsze mija i można się spóźnić na autobus. Nie przyszło mi więc nigdy do głowy, że polubię kiedyś Czarna Góra narty. Tak się jednak stało. Mój chłopak zaproponował wyjazd na narty do Czarnej Góry. On sam jeździł tam bardzo często, wie gdzie warto się zatrzymać, gdzie serwują najlepsze jedzenie, gdzie jest najlepsza szkółka narciarska, czy gdzie wypożyczają narty biegowe. Sam zadeklarował się, że będzie mnie uczył jeździć, więc szkółka narciarska nie była nam potrzebna, aczkolwiek bezpieczniej się czułam wiedząc, że w okolicy znajduje się jakiś profesjonalny instruktor na wypadek, gdyby mój chłopak stracił dla mnie cierpliwość i musiałabym jednak skorzystać w pomocy specjalisty. Taka pomoc nie była mi jednak potrzebna. Piotrek wszystko potrafił mi wytłumaczyć, chociaż na początku śmiał się ze mnie, kiedy po raz pierwszy próbowałam stanąć w nartach i przejść się parę kroków.

Jednak po kilku upadkach już zrozumiałam o co chodzi i mogłam przejść do bardziej zaawansowanych ćwiczeń. Pod koniec wypadu umiałam już w miarę płynnie zjeżdżać z górki oraz skręcać w obie strony. Niewątpliwe moje narty jeszcze wiele razy będą wyciągane z szafy!